"Sporo piwa się piło ... i czerwonego wina"
Żwirek:
Kiedy i gdzie po raz pierwszy spotkałeś Lamę Ole i jakie było to
pierwsze wrażenie?
Misiek:
Zwykle niewiele pamiętam z przeszłości, ale akurat to wydarzenie
pamiętam doskonale. W 1982 roku, w Gdańsku - był to chyba
pierwszy publiczny wykład Olego w Polsce. Został zaproszony przez
Dorotę Krzyżanowską, która prowadziła wtedy gdański ośrodek
zen. Dorota zorganizowała w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk
Plastycznych spotkanie publiczne, na które przyszło kilkaset
osób. No i następnego dnia głęboko zainspirowani pojechaliśmy
z kumplami na kolejne spotkanie do ośrodka zen w Gdyni. Tam Ole już w
bardziej kameralnej atmosferze udzielił Schronienia i opowiadał
fantastyczne dla nas rzeczy o świecie, o tym, co się dzieje za
żelazną kurtyną. Było to niezwykle inspirujące, na wszystkich
działało.
Żwirek:
Jacy byliście?
Misiek:
Obowiązywała inna stylistyka: nie mundury wojskowe, lecz raczej owcze
swetry dziergane na drutach, długie pióra, obowiązkowo brody,
sporo piwa się piło i czerwonego wina, chodziliśmy tu i tam, wszędzie
gdzie było ciekawie. Byłem studentem, a w tych czasach bycie
studentem oznaczało życie w oazie wolności. Do tego wszystkiego
doszło jeszcze spotkanie z Lamą, który okazał się
nieprawdopodobnie inspirującym gościem i był bardzo podobny do nas z
tamtych czasów. Miał pióra a la Mick Jagger. Ilość
strażników, jaką dźwigał na piersi dorównywała dobremu
swetrowi góralskiemu i zawsze miał dwa noże pod ręką. Podczas
wykładów skręcał kadzidła z papierków i plótł je
w piękne warkoczyki. Karty Schronienia, których używał
wyglądały zupełnie inaczej - wycinał je osobiście potężnym
nożem ze świstków papieru. Moja miała kolor pomarańczowy -
był to taki wąziuteńki paseczek papieru, na którym napisana
była tylko data i imię tybetańskie. Całe to spotkanie z Ole było
niesamowite pod każdym względem. Z jednej strony był to człowiek z
Zachodu, a więc pachniało wokół niego wolnością, nawet na
czysto ludzkim poziomie, a z drugiej strony mówił o rzeczach,
którymi się już wcześniej interesowaliśmy. Już wtedy kursowała
wśród nas książka "Trzy filary zen" Philipa
Kapleau. W jakiś tam sposób byliśmy przygotowani na przyjęcie
idei buddyjskich, czytało się również Stachurę -
wszystko to do siebie pasowało. Ta osobista wolność Olego, sposób,
w jaki przekazywał nauki buddyjskie - to natychmiast do nas
dotarło. Grupa w Gdańsku powstała od razu po wykładzie i liczyła
kilkadziesiąt osób. Przez jakiś czas próbowaliśmy się
spotykać w ośrodku zen w Gdyni, ale na dłuższą metę współpraca
była niemożliwa, ponieważ nasz sposób praktykowania i totalny
brak szacunku do obiektów ołtarzowo - świątynnych
wyprowadzał gospodarzy z równowagi. Porozpieprzane buty w
szatni, nie umyte szklanki - popełnialiśmy systematycznie
wszystkie możliwe błędy, jakie dzicz może popełnić. I w pewnym
momencie usłyszeliśmy: "Basta. Kochajmy się na poziomie ogólnej
idei, ale musicie znaleźć sobie jakiś własny lokal". No i
przenieśliśmy się do prywatnego mieszkania, koło Stoczni Gdańskiej. Z
okien widoczne był pomnik trzech krzyży, więc ogólny klimat
był bardzo dobry. I zaczęło się praktykowanie w stylu w starym stylu
Karma Kagyu. Mówiąc stary styl mam na myśli oczywiście to, jak
były prowadzone praktyki, jak wyglądały gompy - między tamtym
podejściem i dzisiejszym istnieje totalna różnica.
Żwirek:
No właśnie, jak wyglądała ewolucja buddyzmu w Polsce? Jak się to
wszystko rozwijało - od śpiewania pudż, wielkich, czerwonych
ołtarzy, tanek. Jak to się zmieniało?
Misiek:
To fakt, rzeczywiście dużo się zmieniło. Jeżeli popatrzymy na nasze
ośrodki dzisiaj, widać wyraźnie, że cała ta ewolucja była konieczna i
miała sens. Prawdopodobnie jeszcze się nie zakończyła i myślę, że to
bardzo ciekawe zjawisko, ponieważ ta zmiana zachodziła również
w umyśle Olego. Jak mówiłem wcześniej, Ole był sam na początku
obwieszony gadżetami tybetańskimi, mówił tylko i wyłącznie
piękne i fantastyczne rzeczy o Tybecie i o wszystkich nauczycielach
tybetańskich. . Nie docierały do nas informacje o żadnych
podejrzanych faktach, o których wiedzieli być może niektórzy
ludzie na Zachodzie. Dawniej Ole sam był zafascynowany "oprawą"
dharmy. Oddzielenie tradycji tybetańskiej od samej esencji buddyzmu
wzięło się z obserwacji, z doświadczenia - Ole trzeźwo
przyglądał się temu, co się rzeczywiście dookoła niego działo, w jaki
sposób funkcjonowali lamowie tybetańscy. Zauważył że oni także
popełniają błędy i nie są przygotowani do tego, by współpracować
na większą skalę z ludźmi, którzy mają zupełnie inne
wykształcenie, inne doświadczenie życiowe, którzy wyrośli w
innej kulturze. Przyodziewając "szaty" tybetańskie
próbowaliśmy chyba samych siebie oszukać. Na dłuższą metę
takiego typu fascynacje nie mają wiele wspólnego z prawdziwym
rozwojem, który jest po prostu zwyczajną pracą z umysłem. I
jeśli nie ma tego bezpośredniego przełożenia, to w pewnym momencie
wszyscy czują się jak banda głupców, którzy dali się
nabrać. Więc po pewnym czasie Ole doszedł do wniosku, że musimy wziąć
całą odpowiedzialność za nasze ośrodki w swoje ręce i wypracować
metody, które będą pasowały bezpośrednio do nas - do
naszych potrzeb i charakterów. Cel, o jakim mówił
dwadzieścia lat temu Ole i cel o jakim mówi dzisiaj, jest
dokładnie taki sam. Natomiast na poziomie praktycznym otrzymujemy po
prostu inne narzędzia, ciągle się zmieniamy. Pamiętam wykłady, na
których Ole razem z nowymi buddystami wykonywał publicznie
trzy pokłony - robił to na uniwersytetach, w każdym dużym
mieście a my robiliśmy to razem z nim. Teraz jest to zupełnie nie do
pomyślenia. Nawet w jakimś muzeum, kiedy Ole zobaczył posążek buddy,
pierwszą rzeczą którą zrobił, był przepisowy, rasowy
tybetański pokłon. Teraz to wszystko się pozmieniało. Dbamy o to, by
wypadać dobrze w opinii krytycznych ludzi, których uważamy za
potencjalnych buddystów. Jeśli stworzymy im odpowiednie
warunki, będzie pięknie, będą mogli skorzystać z metod, które
posiadamy.
Żwirek:
Kto przychodził wtedy na wykłady Olego?
Misiek:
Ci, którzy mieli trochę przestrzeni w umyśle, wolności -
przede wszystkim uczniowie i studenci. Myślę, że na robotników
nie można było wtedy liczyć. No i oczywiście ci zawieszeni w próżni,
zatrzymani w kadrze. Ci zhipisiali, - ci, którzy
traktowali życie jako potencjalne źródło radości, którą
można z niego wycisnąć. Ekstra radości, której nie widzieli u
swoich rodziców. Po jakimś czasie okazało się, że z tej
pierwszej fali buddystów zostało zaledwie kilka osób.
Kiedy pojawiły się możliwości wyjazdu na Zachód i zarabiania
normalnych pieniędzy, funkcjonowania w normalnych warunkach,
prawdopodobnie większość z nas uznała, że życie samo w sobie jest na
tyle ciekawe, że nie trzeba niczego specjalnego do niego dodawać, że
nie potrzeba żadnych medytacji, żeby czuć wiatr w żaglach i osiągać
zwykłą życiową satysfakcję. Prawdopodobnie część z tych, którzy
odeszli wtedy od dharmy, wraca teraz do ośrodków. Mam
wrażenie, że jeśli ktoś uczciwie poczuł buddyjskiego bluesa, to już
od niego nie ucieknie.
Żwirek:
Następny etap w Twoim życiu - Kuchary. Jak to się stało, że
zdecydowałeś się tutaj zostać, tutaj pracować?
Misiek:
Ta historia zaczęła się w 1983 roku. Odbywał się wtedy wykład
publiczny w Płocku. Po godzinie dziesiątej wieczorem przyszedł jakiś
koleś i oświadczył, żebyśmy wszyscy wypadali na twarz - to były
takie czasy. Oczywiście temperatura spotkania była bardzo gorąca.
Absolutnie nie chcieliśmy się z Ole rozstać. W końcu trafiliśmy do
amfiteatru gdzieś nad Wisłą, który nie był przygotowany do
podobnego spotkania - było totalnie ciemno, nie było
nagłośnienia. Ciasnym kręgiem obsiedliśmy Olego, który
oczywiście opowiadał, opowiadał i opowiadał. No i w pewnym momencie
rzucił hasło, że potrzebujemy własnego miejsca, które byłoby
zlokalizowane w centralnej Polsce i w którym moglibyśmy się
spotykać, może stary dom z konkretnym kawałku ziemi. Na tym spotkaniu
był Janusz Brzost, który pracował w administracji w Płocku -
potraktował słowa Olego bardzo poważnie. Wkrótce rozpoczął
podróże po okolicznych, upadłych majątkach dworskich i w końcu
znalazł dwie opcje - Kuchary, które zostały ostatecznie
wybrane były jedną z nich. W rezultacie w 1985 roku Ole przyjechał
tutaj po raz pierwszy i od razu zakochał się w tym miejscu.
Powiedział, że to jest dokładnie to, czego potrzebujemy, że właśnie
tutaj będziemy pracować i to właśnie tutaj Wschód i Zachód
będą się spotykały. Widać to dziś wyraźnie na kursach -
notujemy dużo randek z udziałem Rosjanek i Niemców. Zdarzają
się też Austriacy, Szwajcarzy, Amerykanie. Samo miejsce wyglądało
oczywiście zupełnie inaczej niż teraz. Było tak dzikie, że po prostu
w czasie pierwszej wizji lokalnej wszyscy byliśmy w szoku. To była
totalna ruina - gęsto porośnięta pokrzywami i krzakami. .
Wchodziło się tutaj, jak do prawdziwej dżungli, nawet z dachu dworku
wyrastały brzozy. Sam budynek na pierwszy rzut oka nie wyglądał może
najgorzej, ale co bardziej wnikliwi obserwatorzy czuli, że włazimy na
minę. Jednak te głosy się nie liczyły, ponieważ Ole chciał żebyśmy to
miejsce kupili i rozpoczęli pracę. I tak się stało. Pierwszym
zesłańcem został Janek Gęgało ze Szczecina, który wcześniej
był księgowym. Ole zaproponował mu funkcję prowadzącego cały projekt.
Janek zrezygnował więc z pracy, wynajął swoje mieszkanie i przyjechał
do Kuchar. Tak się zaczęło grzebanie w tych ruinach. Z każdym
tygodniem okazywało się, że to, co solidne jest jednak bardzo miękkie
lub spróchniałe, przez niektóre ściany można było
przejść bez szczególnych "siddhi". Janek nie mógł
nawet rozpocząć rozbiórki, bo Kuchary są zabytkiem i wszystkie
działania budowlane były i nadal muszą być uzgadniane z konserwatorem
zabytków. Mogliśmy wtedy jedynie zabezpieczyć większe dziury.
Oczywiście po jakimś czasie okazało się, że jednak musimy rozebrać
część budynku, który był w tak fatalnym stanie, że jakikolwiek
jego remont nie miałby sensu. Biedny Janek męczył się tutaj, jeżeli
dobrze pamiętam, przez lat pięć, przechodząc przez najtrudniejszy
czas - okres który był rzeczywiście mało inspirujący.
Było to tak trudne po pierwsze dlatego, że był głównie sam, a
po drugie dlatego, że musiał przebrnąć przez wszystkie nudne,
socjalistycznie nieskończone procedury papierkowe. Lista dokumentów,
podań i próśb, które musiał wypisywać była
niewiarygodnie długa - nie będę tego nawet próbował
wymieniać. To nie było tak jak teraz, że jak ktoś ma kasę, to może
sobie zbudować dom. W tym czasie świat funkcjonował inaczej i oto
przykład: Janek przygotował ogólnopolskie spotkanie w
Kucharach i spróbował wygospodarować z tej ruiny
pomieszczenie, które by nie przeciekało i które byłoby
odpowiednio duże, aby pomieścić większą grupę osób. Miała to
być obecna gompa, która wtedy była podzielona na dwa pokoje.
Był jednak kłopot - w obu pomieszczeniach zawalał się strop.
Janek postanowił zaryzykować swój autorytet, udał się do gminy
i złożył podanie o wypożyczenie (!) dwuteownika stalowego o długości
6 m - nie miał oczywiście śmiałości występować o przydział na
stal. Kupowanie cementu to też była cała historia. Janosik, nasz
ówczesny kierowca, jeździł żółtym mercedesem na Śląsk
po cement i była to wyprawa, która trwała tydzień. Najpierw
musiał tam dotrzeć, a później stać w długiej kolejce. . Cegły,
cement, gwoździe, stal i drewno - wszystko to musiało być,
wystane, wypłakane i załatwiane od kuchni.
Żwirek:
Kto wtedy mieszkał w Kucharach, gdzie i jak ludzie tu żyli?
Misiek:
Podobnie jak na początku w Stupa House. Powstały w tej ruinie
enklawy, powycinane z większych pomieszczeń przy pomocy przegródek
z płyty pilśniowej. Janek załatwiał sianko od rolników, ludzie
sobie wyściełali nim podłogę, w oknach pojawiała się folia, no i
jakoś tak sobie koczowali przez całe lata. Jednocześnie na poziomie
budowlanym niewiele się zdarzało - może z wyjątkiem ostatniego
roku. To był chyba rok 1989, albo już 1990. Zaczął się remont budynku
od strony starej stupy i to Janek doprowadził akcję do takiego etapu,
że najpierw została zdjęta więźba dachowa i strop i odbudowane całe
skrzydło.
Żwirek:
Czy wcześniej nie można było tego zrobić z powodu braku kasy i
ogólnego komunistycznego marazmu?
Misiek:
Można tak powiedzieć. Mieliśmy dużo czasu, mało pieniędzy i bardzo
mało możliwości, dlatego też cierpieliśmy na ubóstwo jakby
innego rodzaju. Było bardzo dużo ludzi, którzy mogli pomagać
za friko. Były takie okresy, że przyjeżdżało po piętnaście,
dwadzieścia osób. Wszyscy siedzieli w kupie ciesząc się tą
nadzwyczajną sytuacją, ale tak naprawdę niewiele mogli tutaj
zdziałać. Można było zajmować się sprzątaniem, czyszczeniem,
przekładaniem brzydkich rzeczy z jednego ciemnego kąta w drugi.
Żwirek:
Jak były organizowane kursy w tamtych czasach? Jacy lamowie się tutaj
pojawiali?
Misiek:
tak jak dzisiaj - w parku. Na pierwszy letni, duży kurs
zbudowaliśmy stodółkę, której część jeszcze stoi.
Obecna kawiarnia jest częścią konstrukcji, którą zbudowaliśmy
wiele lat temu z żerdek sosnowych. Dwa tygodnie przed kursem padło
hasło "budujemy namiot" i polecieliśmy do lasu z
siekierami. Wybraliśmy drzewka, ścięliśmy je, okorowaliśmy,
wkopaliśmy słupeczki itd. Konstrukcyjka była genialna, wszystko tak
"siadło", jak trzeba. Oczywiście największy kłopot był z
dachem, ponieważ nie mieliśmy właściwych materiałów i chyba
użyliśmy zwykłej folijki. I oczywiście ten dach nie wytrzymał podczas
kursu, trzeba było biegać podczas ulewy i biedną folijkę łatać. Kursy
letnie były organizowane, chociaż oczywiście nie na taką dużą skalę,
jak dzisiaj. Nie z takim pięknym wypasem, bo inne było zaplecze
socjalne. Nie mieliśmy wystarczającej ilości wody, prądu, jedzenie
przygotowywały kobiety ze wsi, w dodatku w bardzo złych warunkach,
też pod jakimś namiocikiem skleconym z byle czego. Tragicznie
wyglądały kible. Pamiętam jedną konstrukcję, klasyczną sławojkę, a
właściwie cały "zestaw pięciokabinowy"! Umowa społeczna
mówiła, że z kabin można korzystać w przypadku poważniejszych
rzeczy, natomiast sikanie odbywało się za budą. Podczas tego procesu
można było obserwować bogatą zawartość głębokiego dołu kloacznego. Po
kilku dniach jego treść niebezpiecznie bulgocąc sięgała brzegów.
To było nieprawdopodobne doświadczenie, bolesny korzeń samsary. Ale
oczywiście bez nuty idealizmu i bezinteresownej pomocy wielu ludzi,
to co wtedy robiliśmy nie miało prawa się udać. Zadziwiające jest to,
że nie było wtedy żadnej wsypy, np. zatrucia żywnością zakończonego
zbiorowym zejściem itd. Ludzie mieli taką ilość przestrzeni i byli
tak nahajowani samą możliwością bycia z Ole, że tak naprawdę nikomu
nic nie przeszkadzało. Chociaż w końcu dorobiliśmy się złej sławy -
przynajmniej za granicą. W 1988 roku była poła w Kucharach i wówczas
zeszły się razem wszystkie możliwe trudności: zła pogoda, kiepska
baza techniczna. W dodatku o zgrozo przyjechało chyba ze trzystu
Niemców! !! Na domiar złego w kuchni coś się nie udało i już
pierwszego dnia wszyscy mieli problemy żołądkowe. Padał straszny
deszcz, było zimno. Niemcy wyjechali z tak głębokim doznaniem z
Kuchar, że do dziś o tym mówią i tak naprawdę od tamtej pory
niewielu z nich przyjeżdża. Caty twierdzi, że ciągle pamiętają ów
kurs z 1988 roku - nie wiedzą, że Kuchary tak bardzo zmieniły
się od tego czasu. Z jednej strony faktem jest, że letnie kursy
organizowane były w dosyć dramatycznym klimacie, z drugiej zaś ludzie
działali wtedy rzeczywiście z poziomu przyjaźni i prawdziwego
idealizmu. Oprócz dużych imprez w parku, odbywały się też
mniejsze kursy w budynku. Był Szamar Rinpocze, Gyaltsab Rinpocze,
Kongtrul Rinpocze, był też Tenga Rinpocze, oczywiście Tseczu
Rinpocze, w końcu również jakiś lama z Francji, którego
Janek poprosił, by został w Kucharach. To było jego marzenie -
zainstalować tutaj tybetańskiego lamę, który miał odprawiać
wszystkie modlitwy tybetańskie. Do tego jednak nigdy nie szczęście
nie doszło. Ole zapytany o całą sprawę powiedział, że jeśli już
chcemy mieć na stałe lamę w Kucharach, to powinien to być jakiś
wielki rinpocze. Jednocześnie wiadomo było, że wysokiej rangi
Rinpocze nie zechce zamieszkać w Polsce jakiejś zapyziałej.
Żwirek:
Chciałbym cię zapytać o rolę tych osób w szatach, które
przez pewien czas mieszkały w Kucharach. Kim byli i jak funkcjonowali
ci ludzie?
Misiek:
Mówisz o polskich mnichach?
Żwirek:
Tak.
Misiek:
Od samego początku Ole tego nie chciał. Oczywiście w tamtych czasach
do Polski przyjeżdżało wielu rinpocze, więc opinia Olego była jedną z
wielu na temat tego, jak powinniśmy praktykować Dharmę. Nigdy z ust
tybetańskiego rinpocze na pytanie, czy powinieneś zostać mnichem nie
usłyszysz, że nie ma to sensu. Myślę, że tak samo było z naszymi
polskimi mnichami, których liderem był Rinczien. Ponieważ
wcześniej pełnił funkcję podróżującego nauczyciela, to w
sposób automatyczny dał przykład swoim najbliższym kolegom -
pokazał im, że też mogą przyjąć ślubowania i pójść tą drogą.
Jasne było, że te osoby zamieszkają w Kucharach, no, bo gdzie mnisi
mieliby lepsze warunki? Tutaj mogli sobie spokojnie medytować,
śpiewać pudże, odpalać kadzidła, składać wszystkie ofiary na ołtarzu
itd, czyli robić to, co pojawiło się wraz z całym owym mnisim
klimatem. W pewnym momencie w ośrodku wszędzie wisiały różne
święte karteczki, takie ściągawki do modlitw tybetańskich. Przed
każdym posiłkiem na przykład śpiewaliśmy specjalne modlitwy. Solidnie
pachniało kościołem, ale jakoś to w tym czasie łykaliśmy. Trwało to
do czasu, kiedy okazało się, że konflikt pomiędzy różnymi
sposobami praktykowania dharmy tak naprawdę sięga głębiej. W 1992
roku okazało się, że nie wszyscy rinpocze mówią jednym głosem
o XVII Karmapie. Przy okazji okazało się również, że tak
naprawdę od lat były pewne kłopoty. Nie wszyscy rinpocze popierali
wizję Olego - nie wszystkim podobały się jego poglądy na rozwój
buddyzmu na Zachodzie. W pewnym momencie nasi polscy mnisi stanęli
przed wyborem, czy podążać za Ole, czy za rinpocze. Oczywiście
wybrali tę drugą opcję. Już wcześniej nie łapali klimatu Olego, jego
braku szacunku dla dodatkowych, egzotycznych gadżetów.
Jednocześnie coś udało im się na pewno zdziałać. Na przykład Rinczien
będąc mnichem skończył trzyletnie, klasyczne odosobnienie, kilku jego
kolegów też spędziło wiele miesięcy w domkach
odosobnieniowych, które sobie postawili w najdalszym kącie
parku. I skoro już o tym mówimy - kiedy Rinczien
odwiedził Kuchary w zeszłym roku, zagadnąłem go, jak się sprawy mają
z jego stanem mnisim? Odpowiedział, że już od kilku lat jest żonaty
itd. Zapytałem go też o jego kolegów, powiedział, że żaden z
nich nie jest już mnichem. Oczywiście natychmiast wymknęła mi się
złośliwa uwaga "Trzeba było od samego początku słuchać Olego,
he, he". Wygląda na to, że zjawisko totalnej tybetańskości mamy
już w Polsce za sobą. W całym tym procesie wietrzenia polskiego
buddyzmu Kuchary zadziałały jak soczewka - skupiły i pokazały
wyraźnie wszystkie trendy, które pojawiały się w różnych
ośrodkach. W sumie to było bardzo naturalne, naprawdę nie mieliśmy
wtedy żadnych wzorców. Zwykle miały miejsce tylko krótkie
wizyty Olego, który zostawiał za każdym razem nową wersję
medytacji Trzech Świateł. Medytowaliśmy też na Kochające Oczy -
wtedy Czenrezig - i za każdym razem prowadząc medytację Ole
prowadził ją z pamięci, podobnie jak dzisiaj. Spisywane przez nas
następnie teksty okazywały się za każdym razem zupełnie innymi
tekstami, dochodziło na tym tle do wielu problemów i
przydługich dyskusji doktrynalnych. Władysław Czapnik, który
miał wydrukowany czarno na białym pierwszy tekst Guru Jogi -
wówczas ta medytacja nazywała się "Deszcz Nektaru"
- tylko w oparciu o ten tekst prowadził wszystkie medytacje i
uważał, że każdy, kto postępuje inaczej, błądzi. W miejskich
ośrodkach te sytuacje rozgrywały się na mniejszą skalę, ale w
Kucharach wszystkie owe tendencje ciągle ścierały się ze sobą.
Ponieważ mnisi z racji swoich szat byli traktowani szczególnie,
często mieli tzw. "rację", ale jak się później
okazywało, zwykle nie na długo.
Żwirek:
Z mnichami wiąże się kolejna ważna historia - rozłam, do
którego doszło tu w Kucharach. Byłeś obecny w trakcie
niespodziewanej wizyty Olego, gdy odwołano stary zarząd. Według Tomka
i Wojtka była to wręcz militarna operacja. Jak to było?
Misiek:
Dla mnie osobiście było to ciężkie doświadczenie, dlatego, że
większość moich bliskich kumpli miała poważny problem, jak tę
sytuację rozegrać, w którą stronę pójść. Większość z
nich zmieniła opcję, albo przestała się zupełnie zajmować buddyzmem -
ta cała historia to był naprawdę ciężki kaliber. Nie byliśmy
wcześniej przygotowywani do takiej poważnej konfrontacji i jak już
wcześniej mówiłem, do tego momentu Ole pokazywał nam
wszystkich rinpocze, jako świetliste postaci dokładnie kontrolujące
samsarę. I tak naprawdę nikomu nie przychodziło do głowy, że wokół
takich idealnych postaci może powstać poważny konflikt, zakończony
rozłamem. Co gorsza w pewnym momencie Ole wystąpił nagle ze swoim
pierwszym listem, który tylko częściowo tłumaczył problem. Ten
list zawierał prośbę o podpisanie pewnej deklaracji politycznej
wyrażającej poglądy Olego. Więc my, wychowani w komunie, walczący na
ulicach, nie mogliśmy tego strawić. Jak mogliśmy opowiadać się za
czymś, o czym nie mieliśmy pojęcia, jak mogliśmy podpisywać listy i
petycje, skoro wiadomo było, że każda polityka i organizacja to jest
jeden wielki syf. Do dzisiaj sporo osób w Polsce głosi takie
poglądy i dlatego tak trudno było przez lata zbudować zręby
organizacji związku buddyjskiego w naszym pięknym kraju. Do
organizacji i polityki czuliśmy tylko i wyłącznie niechęć - w
naszych oczach zajmowali się tym ludzie, którzy się w jakiś
sposób sprzedali, żeby odnieść jakieś korzyści, nie wypaść z
gry itd. Tak to funkcjonowało w naszych umysłach. Podpisywanie
czegokolwiek to było coś, czego nie można było zrobić. Walczyliśmy
przecież o wolność, a nie o jakieś dziwne historie i przepychanki
polityczne. Wielu ludzi myślało "To nie nasza sprawa, my chcemy
czystej Dharmy". Takie poglądy wygłaszał Krzysiek Litwiński,
który był wtedy przewodniczącym związku. Chciał być OK wobec
wszystkich członków związku, bo ich interesy reprezentował.
Nie będę go teraz tłumaczył - nigdy nie byliśmy blisko zżyci ze
sobą i ta znajomość zakończyła się wraz z tym, jak Krzysiek pożegnał
się z Ole, tym nie mniej pamiętam swoje odczucia. Naprawdę wtedy
działanie było bardzo ostre, na zupełnie nie przygotowanym terenie,
było okupione dużymi stratami, nie mieliśmy czasu, żeby przeprowadzić
to inaczej. Dla mnie całe to zjawisko było dosyć bolesne. Ole był dla
nas oczywiście przez cały czas wielką inspiracją, jednak na początku
konfliktu wokół inkarnacji Karmapy pokazał nam się w zupełnie
innym świetle. Niektórzy z nas brali od dawna udział w
organizowaniu życia sangowego i dlatego w sposób naturalny
byli blisko Olego - być może oni kumali bazę lepiej niż ja.
Natomiast ze mną było tak, że byłem w totalnym szoku - jakby w
tym momencie ważyły się moje losy. Tak naprawdę nie byłem do końca
pewien, w którą stronę powinienem pójść. Gdybym poszedł
za głosem tylko i wyłącznie swojego wewnętrznego odruchu, to
prawdopodobnie zniknąłbym - byłem hiperalergiczny na
jakąkolwiek pracę społeczną. Każdy tego typu klimat kojarzył mi się
tylko z niepotrzebnym zamieszaniem, z czymś, czego kompletnie nie
chciałem. Natomiast z drugiej strony działała w moim umyśle pewna
potężna siła. Nie wiem jak można by ją krótko określić, być
może najlepsze byłoby słowo "związek". Byłem bardzo
zapatrzony w Olego, wszystko co mówił mocno pracowało w mojej
głowie. Te dwie siły ścierały się we mnie. Jeżeli chodzi o spotkanie,
o które pytasz to rzeczywiście miało ono przebieg wręcz
militarny. Ole przyjechał z zaskoczenia, wszystko zostało dokładnie
zaplanowane i obliczone - chodziło o to, by udało nam się
ostatecznie podziękować za współpracę ówczesnemu
zarządowi. Jedną z przyczyn było to, że Ole poprosił Krzyśka
Litwińskiego o poinformowanie sangi o szczegółach całej
politycznej afery. On tego nie zrobił, ponieważ nie był do tego
przekonany wewnętrznie, wszystkie materiały trzymał schowane głęboko
w biurku. Mało tego, chyba w pierwszym numerze ówczesnej
Diamentowej Drogi ukazało się zdjęcie, tzw. "chińskiego"
kandydata z informacją, że jest to XVII Karmapa. Kiedy Ole zobaczył
te rewelacje, zrozumiał że musi podziękować tym gościom za
współpracę. Było to niemiłe, ale konieczne. Jak widać dzisiaj,
dobrze, że tak się stało.
Żwirek:
Wracając do chronologii: Janek Gęgało.
Misiek:
Przeszedł wszystkie etapy: od fascynacji pracą tutaj do pełnego
zmęczenia materiału. Dziś wiem, że ciągłe życie w miejscu publicznym,
gdzie trzeba być dyspozycyjnym przez dwadzieścia cztery godziny na
dobę, jest samo w sobie mocną praktyką. Poza tym Janek nie zgadzał
się ze Zbyszkiem Andruszkiewiczem, który chciał zmienić sposób
pracy w ośrodku i przejąć ster. Oczywiście, że Janek wykonał wielką
pracę, ale tak naprawdę należał do innego pokolenia, miał też silne
inklinacje do bardzo tradycyjnej praktyki. Myślę, że cierpiał z tego
powodu, że nowe pokolenie buddyjskie nie odnosi się już z takim
szacunkiem do wszelkich obrzędów i ceremonii. Ciągle chciał tu
zainstalować jakiegoś tybetańskiego lamę. Myślę, że w pewnym momencie
to wszystko zwyczajnie przestało funkcjonować. Wreszcie Ole zapytał
mnie, czy nie miałbym ochoty wbić się w Kuchary, a ja starym
zwyczajem odpowiedziałem mu "nie". Jeździłem wtedy dość
regularnie do Norwegii i miałem zupełnie inne plany, bardziej kręciło
mnie raczej luźne podejście.
Żwirek:
Ale bywałeś w Kucharach, coś tutaj robiłeś.
Misiek:
Tak, tak. Odbywało się to jednak z doskoku - przyjeżdżałem,
kiedy było coś konkretnego do zrobienia. W pewnym momencie, kiedy
Janek był jeszcze przewodnikiem stada, zamieszkałem nawet w Kucharach
z Bertą - przywieźliśmy wszystkie swoje meble i spędziliśmy
tutaj rok. Po tym roku jednak stwierdziliśmy, że jest trochę za
ciasno na wsi polskiej. Wróciliśmy więc do Gdańska, zaczęliśmy
znowu jeździć do Norwegii. Spotykaliśmy Olego wtedy, kiedy
chcieliśmy, jeździliśmy też do Niemiec. W tym czasie bardzo pomagał
Polsce Manfred Maier - nie dość, że wspierał Kuchary, to
jeszcze wyciągał co bardziej aktywnych buddystów za ucho na
Zachód, co wówczas nie było takie proste jak teraz. Po
pierwsze byliśmy bardzo biedni, a po drugie trudno było załatwić
paszport, wizę etc. Takie swobodne podejście do Dharmy, do ośrodków,
do rozwoju bardzo mi odpowiadało. Nie chciałem się pakować w sytuację
pionierską, która określałaby moją aktywność od rana do nocy.
Zwyczajnie się przed tym broniłem, poza tym po roku spędzonym w
Kucharach zauważyłem, że moja aktywność słabnie. Popadłem w lekką
rutynę i straciłem przyjemność z tego, że robię coś dla Dharmy.
Wypracowałem więc sobie inny system - "akcyjny". W
wolnych miesiącach przyjeżdżałem do Kuchar i pomagałem w ośrodku tak
bardzo jak mogłem.
Żwirek:
Dla buddystów Twojego pokolenia Norwegia była.
Misiek:
Piękne czasy.
Żwirek:
No właśnie opowiedz trochę o tym - myślę, że to też jest
ciekawe.
Misiek:
W Norwegii wszystko było cudowne. Cudowne były pieniądze, cudowne
były samochody i fiordy, cudowne było smażenie się na skałach w
letnie popołudnia, cudowna była możliwość pracy w grupie przyjaciół,
którzy wbrew temu, co się mówiło zwykle o
gastarbeiterach, nie myśleli o tym jak się nawzajem wybzykać lecz jak
sobie nawzajem pomóc. Mieszkaliśmy we wspólnych
chatach, magazynach, skłotach i hotelach. W naturalny sposób
powstawał rynek informacji, dzięki któremu można było bardzo
szybko nawet bez znajomości języka załatwić sobie dobrze płatną
robotę. Po prostu cała ta sytuacja była niezwykle wyjątkowa i trwała
ładnych parę lat. Doszliśmy też do tego, że aby uniezależnić się od
nieludzkich cen alkoholu w Oslo, zaczęliśmy przyrządzać go
samodzielnie. To chyba Jacek Bierzyński z pomocą Wojtka Tracewskiego
przywiózł z Polski aparaturę do pędzenia bimbru, przez którą
długo przepuszczaliśmy potem różne pożyteczne i bezpłatne
surowce.
Żwirek:
Pięknie.
Misiek:
Tak, było naprawdę cudownie. W końcu udało nam się zajechać również
norweski ośrodek, ponieważ Polacy są bezlitośni, a Norwegowie -
wbrew temu co się zwykle myśli o wikingach - są raczej
spokojnymi ludźmi. Co ważniejsze stanowiska piastują w Norwegii
kobiety. Zszokowało mnie tam na przykład to, że policja konna
zatrudniała kobiety, premierem też była kobieta. Funkcje między
kobietami a mężczyznami się wymieniły. Więc faceci, którzy
prowadzili ten ośrodek, byli. delikatni w obejściu, a my byliśmy
okrutnymi dzikusami. Kiedy się okazało, że można dość tanio mieszkać
w ośrodku z łatwym dostępem do telefonu, telewizora, kuchni i dobrze
wyposażonej lodówki, bardzo szybko norweski ośrodek stał się
ośrodkiem polskim - na poddaszu koczowało kilkanaście, a w
porywach kilkadziesiąt osób i wreszcie w budynku
najzwyczajniej zabrakło miejsca dla Norwegów. W pewnym
momencie gospodarze stwierdzili, że mają już dość. Ponieważ nasza
aktywność była wielka zdążyliśmy w międzyczasie zaprzyjaźnić się z
Norweżkami, pojawiły się osobiste międzynarodowe przyjaźnie, a wraz z
nimi nowe możliwości. Poza tym dolar był w Polsce wtedy niezwykle
cenny. Pamiętam moment, kiedy po trzymiesięcznym pobycie w Norwegii
wróciłem do Polski i położyłem wszystkie zarobione banknoty
studolarowe na łóżku. Uświadomiłem sobie, że już do końca
życia nie muszę pracować. Potem to się zmieniło, ale wtedy Norwegia
była cudownym patentem na funkcjonowanie na poziomie praktycznym.
Żwirek:
Zbyszek Andruszkiewicz - kolejna postać Kuchar.
Misiek:
O ile dobrze pamiętam, pojawił się tam w 1990 roku, po Janku.
Żwirek:
Mówiłeś, że po Janku Ole tobie to zaproponował. Nie bardzo
chciałeś i wtedy pojawił się Zbigniew.
Misiek:
Tak, pojawił się Zbigniew, który był świetnym gościem, bardzo
aktywnym, z wielką ilością pomysłów. Udało mu się w tym
początkowym okresie zaprosić do współpracy wielu wspaniałych
ludzi. Mieszkało tutaj w pierwszym roku jego pracy chyba z piętnaście
osób, o ile dobrze pamiętam. Zapowiadało się bardzo dobrze.
Janek zrobił skrzydło lewe, Zbyszek zaczął od części środkowej udało
mu się również rozebrać najbardziej zniszczone, podpiwniczone
skrzydło dworu.
Żwirek:
Słyszałem, że to właśnie Zbyszkowi udało się wy. prowadzić mnichów
z Kuchar. Jak do tego doszło?
Misiek:
Jak wspomniałem wcześniej, mnisi odbywali tu odosobnienia w swoich
drewnianych domkach - to był 1992 rok. Troszeczkę wcześniej
wydarzyły się te wszystkie historie, po których nastąpił
rozłam. W rzeczywistości Zbyszek był w złej sytuacji - w
budynku głównym był panem i władcą, natomiast w
"odosobnieniówkach" siedziała cała opozycja -
mnisi, którzy mieli zupełnie inny pomysł na rozwój
Dharmy w Polsce i którzy wyraźnie mówili, że nie chcą
współpracować z Ole. W końcu. Zbyszek powiedział: "OK,
skoro oni nie chcą współpracować z Ole, to my nie będziemy im
pomagali". Ponoć dodał też, że "Od dzisiaj będą głodni".
Oczywiście ta sytuacja długo trwać nie mogła no i w pewnym momencie
Rinczen wraz z kolegami opuścił domki odosobnieniowe, . Trzeba było
jednak uregulować tą sytuację od strony finansowej, ponieważ domki
odosobnieniowe wybudowały prywatne osoby za własne środki. Oczywiście
nie było żadnego problemu, zwróciliśmy pieniądze. Oddaliśmy
również posągi, które wcześniej zostały kupione w
Nepalu przez prywatne osoby z myślą o ośrodku w Kucharach. W sposób
fizyczny udało nam się więc rozejść bez większych dramatów. ów
rozwód trochę jednak trwał i myślę, że Zbyszek żył wtedy w
bardzo silnym stresie, starając się to wszystko jako tako załatwić.
Żwirek:
Czasy Miśka?
Misiek:
To był rok 1995, kiedy pojawiły się w Kucharach większe pieniądze -
dzięki szczodrości Elisabeth z Niemiec mieliśmy znowu poważne środki
na kontynuowanie remontu dworku. Mówiąc o czasach Zbyszka
trzeba też powiedzieć, że to właśnie on nawiązał bliską współpracę
z fundacją niemiecką, która dość regularnie przekazywała
środki na remont Kuchar. W oparciu o kiepską infrastrukturę -
telefon na korbkę i mizerny, szczątkowy komputerek - Zbyszek
był w stanie poprowadzić wszystkie papiery, potrafił porozumieć się
po angielsku z ludźmi, którzy koordynowali pomoc dla Kuchar w
Niemczech itd. Na tym polu osiągnął rzeczywiście bardzo dużo. Kiedy w
1995 roku na koncie fundacji pojawiły się duże pieniądze, oczywiście
z naszej strony pojawił się natychmiast plan, jak je dobrze wydać.
Projekt był przygotowany - należało odbudować rozebrane
wcześniej skrzydło dworku - jednak Zbyszek nie chciał już tego
robić. W rzeczywistości sam zwrócił się do mnie z pytaniem,
czy mógłbym poprowadzić dalej tą budowę. To było na początku
1995 roku. Niewiele myśląc zgodziłem się i wiosną zaczęliśmy nowy
etap prac, kładąc pierwsze taczki betonu pod fundamenty lewej części
budynku. Późną jesienią, w listopadzie tego samego roku to
skrzydło było już zadaszone. Samo tempo prac było genialne - w
dodatku wszystko to rozgrywało się w szczególnej, przejściowej
sytuacji, ponieważ Zbyszek myślał już poważnie o tym, żeby opuścić
Kuchary. Nie wiem, czy wszyscy wiedzą o tym, że pracując tutaj miał
dwójkę dzieci i żonę, której nie do końca odpowiadała
cała ta partyzancka sytuacja. Myślała raczej o normalnym życiu
rodzinnym, wspólnym mieszkaniu. Zbyszek musiał więc pracować
pod poważnym ciśnieniem również ze strony rodziny. Kiedy więc
pod koniec 1995 roku Ole ponownie zapytał mnie, czy chciałbym
wprowadzić się do Kuchar, tym razem powiedziałem "tak". I
trwa to do dzisiaj.
Żwirek:
Co się wydarzyło potem, po 1995 roku? Po kolei albo w ogólnym
zarysie. Większość z nas już te czasy pamięta.
Misiek:
Dla mnie to była budowa, budowa, kupowanie materiałów, znowu
budowa, jeżdżenie. Jeden kurs, drugi kurs, załatwienie tych
wszystkich kolejnych pozwoleń - na doprowadzenie prądu, wody.
Generalnie te lata to był cały szereg nie kończących się akcji. Na
początku mojej pracy w Kucharach przechodziliśmy przez wstępną fazę
projektu, którego częścią była budowa dworu. Potem zaczęła się
bardziej subtelna robota, związana z wykańczaniem wnętrz, dokręcaniem
rureczek, kafli, drzwi, okien. Ta cała sprawa trwa do dzisiaj. Nie
wiem czy ma sens wymienianie tych wszystkich szczegółów.
Dzisiaj w dworku możemy przyjąć nawet 100 osób - dla
wszystkich wystarczy miejsca do spania, przestrzeni w toaletach i
łazienkach itd, więc generalnie od strony infrastruktury obiekt już
funkcjonuje. Oczywiście są jeszcze słabsze miejsca, - na
przykład kuchnia, jadalnia. Całe to zaplecze socjalne musi odpowiadać
normom sanepidowskim. Bardzo na to uważamy, ponieważ kiedyś będziemy
musieli doprowadzić do formalnego odbioru tego budynku i wówczas
niezbędne będą konkretne uzgodnienia. Na dzień dzisiejszy jeszcze nie
wszystko jest w tej kwestii zrobione. Na początku oprócz tego,
że organizowałem wszystko w sensie zaopatrzenia w materiały i
projekty, pracowałem również dużo fizycznie, angażując się we
wszystkie działania, na których się znałem. Wiedziałem, że jak
ja tego nie zrobię, to nikt tego nie zrobi. Miałem takie dziwne
przeświadczenie (śmiech) , złe. Mniej więcej dwa lata temu okazało
się, że nie mogę się tak bardzo angażować w pracę fizyczną, ponieważ
cierpią na tym inne dziedziny funkcjonowania ośrodka. W międzyczasie
powstało w Kucharach duże biuro. Ilość informacji przychodzących do
ośrodka i wychodzących z niego jest tak duża, że muszę brać w tym
udział, przynajmniej w pewnym stopniu. Dlatego oprócz spraw
budowlanych musiałem zająć się bardziej ogólną organizacją -
samym funkcjonowaniem ośrodka, organizowaniem kursów itd.
Żwirek:
Nie pytam czyja to zasługa, bo to oczywiste, ale jak to się stało, że
jeśli chodzi o przygotowanie kursów, Kuchary są zorganizowane
lepiej od Niemców. Jak to się stało, że na początku
siedzieliście tam na trawie pod przeciekającą folią, a w tej chwili
mamy wszystko, co jest potrzebne - możemy w ośrodku po prostu
siedzieć, medytować i wszystko jest w porządku?
Misiek:
Myślę, że jest to możliwe dlatego, że robimy to od dwudziestu lat w
jednym miejscu. Równie ważny był również przekaz -
zawsze z zespołu, który odchodził, pozostawał ktoś, kto jakby
niósł go dalej. Poza tym jeśli się coś robi długo i wydarzy
się wystarczająco duża ilość powtórzeń, wtedy ilość błędów
maleje i pojawiają się w ich miejsce coraz bardziej sensowne
rozwiązania. Widać dzisiaj również, że kursy w Kucharach są
zorganizowane przynajmniej równie dobrze - a może nawet
lepiej niż w innych krajach. Na pewno nie mamy się czego wstydzić.
Ważne jest również to, że tak naprawdę pracą w Kucharach
zajmowała się dawniej zwykle grupa szaleńców -
przygotowania do kursu zaczynały się najczęściej na dwa tygodnie
przed jego rozpoczęciem. W tej chwili wygląda to zupełnie inaczej.
Zasadnicze zmiany w naszym podejściu zaszły przy okazji wizyty
Karmapy. Udało nam się wówczas spotkać odpowiednio wcześniej w
dużej grupie ludzi z całej Polski, wydobyliśmy na światło dzienne
wszystkie potencjalne problemy, z którymi mogliśmy się zetknąć
podczas przygotowywania wizyty itd. Pojawiły się osoby odpowiedzialne
za poszczególne cząstkowe projekty, ludzie ci znaleźli sobie
pomocników i w rezultacie wszystko zatrybiło w tak piękny
sposób. Dzisiaj w oparciu o to samo podejście robimy projekt
"Stupa" i efekty są naprawdę doskonałe. Poza tym obecnie
ośrodki miejskie też funkcjonują teraz zupełnie inaczej. Ponieważ
wcześniej tylko Kuchary były poligonem, gdzie budowało się ośrodek i
organizowało kursy, a ośrodki miejskie służyły często do tego, żeby
przechować się od jednej letniej imprezy do drugiej, ludzie w Polsce
tak naprawdę nie mieli zupełnie świadomości, co trzeba zrobić, żeby w
tym samym czasie i miejscu zafunkcjonowało jakieś większe wydarzenie.
Myślę, że to co się działo na przestrzeni lat w Kucharach miało swój
wpływ na powstawanie takich projektów jak ośrodek w Krakowie,
w Gdańsku w Warszawie. Teraz wszystko staje się coraz prostsze -
również dzięki internetowi, telefonom komórkowym,
samochodom. Wszystkie te udogodnienia powodują, że przepływ
informacji jest nieprawdopodobnie szybki. Żyjemy wszyscy tym samym
rytmem, tym samym pulsem. Mamy Diamentową Drogę - gazetę, która
przenosi informacje w całą Polskę. Myślę, że to wszystko doskonale
pracuje.
Żwirek:
Misiek, kiedyś tam po drodze skończył się okres, kiedy znałeś
wszystkich ludzi na kursach z imienia. Jak oceniasz tą publiczność,
która przybywa na nie dzisiaj? Czym ci ludzie różnią
się od gości Kuchar sprzed kilku czy kilkunastu lat?
Misiek:
Teraz jest w ludziach konkret. Myślę, że dawniej byliśmy bardziej
pomieszani - wynikało to również z naszej sytuacji
życiowej, z sytuacji w jakiej była Polska. W zasadzie nikt nie
planował sobie życia w jakiejś dalszej perspektywie, bo to kompletnie
nie miało sensu. Dawniej również cieszyliśmy się zjawiskami,
ale tej radości często towarzyszyło pomieszanie. Teraz jest równie
dużo radości, ale towarzyszy jej więcej przejrzystości, więcej
konkretnych, twórczych działań. Kiedyś w przerwach między
sesjami towarzycho pętało się po terenie to tu to tam, żeby jakoś
spędzić czas od jednego wieczornego wykładu do drugiego, bo wiadomo
było, że wtedy będzie wielki show. Teraz nowoczesny buddysta, zwykle
bogatszy, siada w przerwie między medytacjami z laptopem przed nosem
i wykonuje jakąś pracę - tłumaczy teksty, odpowiada na listy,
robi coś pożytecznego. . Wcześniej takiego zjawiska nie obserwowałem,
raczej musieliśmy walczyć z degrengoladą. Istniał problem alkoholu,
dragów. Przyjeżdżali do Kuchar ludzie, którzy usłyszeli
od kogoś, że jest jakiś tam kurs, nie wiadomo jaki, ale będzie fajne
towarzystwo, więc warto pojechać i się zabawić. Na letnie kursy
przyjeżdżali bębniarze, którzy - jak to bębniarze -
przez całą noc bębnili. Były gitary, były wszelkie używki, które
rozmiękczają mózg na dłuższy lub krótszy czas.
Walczyliśmy więc z tego typu tendencjami, co było często niezwykle
trudne. Nie mogliśmy reagować zbyt twardo, ponieważ sami tę sytuację
czuliśmy podobnie, nie byliśmy również wtedy w stanie
technicznie nad wszystkim zapanować, co jest już możliwe dzisiaj. Nie
dbaliśmy szczególnie o szczelność bramek, bo wiadomo było, że
ludzie nie mieli pieniędzy itd. Generalnie zmieniło się bardzo dużo -
również dlatego, że czasy są inne, inni są też ludzie. Planują
sobie jasno przyszłość, chcą robić kariery, pracować, zarabiać i
podróżować. Jeżeli chcą również medytować, jeśli
potrafią nadać swojej energii naprawdę wartościowy kierunek, wówczas
daje to pełną siłę - wtedy można mówić o zdrowym,
rasowym funkcjonowaniu. Takich ludzi jest coraz więcej.
Żwirek:
Dwa ostatnie pytania. Jak uważasz, co Ole, co buddyzm Diamentowej
Drogi zmienił na przełomie tych dwudziestu pięciu lat w Polsce?
Misiek:
Myślę, że o zjawisku społecznym jeszcze mówić nie możemy,
dlatego że skala którą ogarniamy jest jednak niewielka. Możemy
mówić o tysiącu czy dwóch tysiącach buddystów,
którzy pracują w ośrodkach Karma Kagyu. Myślę, że jest to za
mało, aby mówić o zmianach, które miałyby być widoczne
na zewnątrz. Natomiast dorobek jaki mamy na gruncie public relations
jest duży To że istnieją adresy naszych ośrodków w trzydziestu
miastach, że mamy książki, które są dostępne w księgarniach,
że mamy strony www i informatory ułatwiające kontakt z nami wszystkim
tym, którzy sobie takiego kontaktu życzą - wszystko to
jest bardzo ważne. To jest naprawdę wielka oferta, bardzo istotna w
całej wizji Olego. To nam się udało. Sądzę że wśród wszelkich
dziwnych rzeczy, które się dzieją w nowoczesnym świecie,
rozwój Diamentowej Drogi i rozprzestrzenianie się informacji o
niej ma szczególne znaczenie - jest to zjawisko w pewien
sposób wyjątkowe. Z jednej strony tysiąc osób to
niewiele, ale z drugiej to bardzo dużo, gdyż wystarczy jedna dobrze
funkcjonująca osoba w mieście, by coraz więcej ludzi chciało się
uczyć z jej doświadczeń. Myślę, że po tych dwudziestu pięciu latach
możemy mówić o poważnym dorobku.
Żwirek:
Na zakończenie pytanie prywatne. Jak myślisz, co Ci dało w życiu
spotkanie Olego?
Misiek:
Prawdopodobnie to, że przeżyłem. Podejrzewam, że bez dharmy i Olego,
życie mogłoby mnie pchnąć w zupełnie inna stronę, ponieważ miałem
zawsze skłonność do miłych sytuacji, a miłe sytuacje najłatwiej
stwarzał alkohol. Jeżeli taka tendencja utrzymuje się przez dłuższy
czas, zwykle prowadzi to w końcu do kłopotów. Poza tym Ole
otworzył mi konkretne pole do aktywności - prawdopodobnie nie
potrafiłbym bez tego skoncentrować swojego działania w życiu na taka
skalę. Ole potrafi zmusić leniwe istoty, w tym mnie, do tzw. rozwoju.
Pokazuje, jak łączyć medytacje ze skutecznym funkcjonowaniem w
codzienności. Ludzie, którzy dużo medytują (ja do takich w tej
chwili nie należę) , mogą popaść w pewną skrajność - oczywiście
otworzy im się oko mądrości, natomiast w przyszłości życie może
pokazać, że nie funkcjonują zręcznie i sprawnie na praktycznym
poziomie. Może to być dla nich smutnym zaskoczeniem. Także za to
jestem Olemu wdzięczny. Byłem bardzo oporny i nie chciałem dać się
wciągnąć w tą pracę - to głównie talent Olego i jego
zręczne metody sprawiły, że znalazłem się w oku cyklonu i musiałem
zacząć zwalczać w sobie różne dziwne historie, które
siedzą gdzieś tam w zakamarkach umysłu każdego z nas. W sumie nie ma
nic piękniejszego w życiu niż przekraczanie coraz to nowych granic w
sobie. Ukazują się zupełnie nowe horyzonty. W zasadzie powstaje nowy
człowiek - tak chyba można powiedzieć. Na początku swojej
współpracy z Ole miałem dużo czasu na medytację, na czytanie
książek i wykładów - myślę, że korzystałem z tego
dobrze. Potem kiedy zostałem wbity w Kuchary - w tę sytuację
pracy dla tak zwanego dobra publicznego - musiałem zweryfikować
sposób funkcjonowania swojego umysłu, dostosować się do
ciągłej akcji. Podejrzewam, że gdyby nie znajomość z Ole, to do tego
etapu nie doszłoby nigdy. Prawdopodobnie pozostałbym na poziomie
zakochiwania się w tej czy innej medytacji, być może poznałbym więcej
języków. Natomiast chyba nie udałoby mi się przekroczyć
niektórych granic, określających osobowość -
zamykających ją pomiędzy punktem A i punktem B. Ole mówi, że
takich granic w rzeczywistości nie ma, działają one jednak na mocy
nawyku i zwykle w naszym życiu musi wydarzyć się coś na prawdę
silnego, żeby chciało się nam przejść na tę drugą stronę. To się nie
zdarza często, więc także z tego powodu mogę powiedzieć, ze jestem
szczęśliwy. Istnieje też ciemna strona takich działań, ponieważ
rozpoznawanie swoich własnych ograniczeń nie jest miłym procesem.
Dlatego tak potrzebna jest inspiracja - energia, która
jednak popycha nas w tę dobrą stronę. W moim umyśle ten proces trwa.
Nie mogę powiedzieć, że na gruncie rozwoju osobistego coś wielkiego
osiągnąłem, natomiast czuję, że niektóre rzeczy się
pozmieniały i to dosyć poważnie. Myślę, że było to warte pewnego
wysiłku.
Żwirek:
Misiek, czy jak byłeś pierwszy raz w Kucharach chociaż przez moment
podejrzewałeś, jak wielką rzeczą się staną?
Misiek:
Myślę, że na tym początkowym etapie tylko Ole miał wizję -
oprócz niego tak naprawdę nikt tego nie chciał brać. Pamiętam,
że ówczesny zarząd robił wszystko, żeby Kuchar nie kupić -
prosił nawet różnych rinpocze, żeby tę niechęć pobłogosławili.
I w końcu Ole powiedział tak: "Proszę, kupcie Kuchary. Jeżeli
wy tego nie zrobicie, ja to zrobię. " I tak się stało. Ja
zacząłem pojmować jak wielkie będą Kuchary dopiero pracując tutaj -
kiedy zacząłem ogarniać wszystkie te ciemne kąty i miejsca, wyobrażać
sobie kiedy i jaką rzecz należy zrobić, żeby nie pojawiły się
problemy z przyrodą, czy z funkcjonowaniem tego, czy innego elementu
infrastruktury. Czym będzie ten ośrodek zrozumiałem tak naprawdę
dopiero wtedy, kiedy wszedłem w tę sytuację na sto procent.
Żwirek:
Dzięki za rozmowę.