Ktoś kto nie istnieje, mówi coś co nie istnieje, do kogoś kto nie istnieje
Autor: Wojtek Tracewski
W buddyzmie chodzi o wolność. Zwykle staramy się zdobyć jedynie zewnętrzną wolność - od obcych armii, komunistów, żądnych władzy kościołów, trudnych, gniewnych ludzi itd. Chcemy być niezależni. Budda jednak zobaczył, że ważna jest również wewnętrzna wolność, ponieważ dopóki panują nad nami nasze wewnętrzne ograniczenia, nie jesteśmy naprawdę wolni. Nasze emocje nieustannie zmuszają nas do myślenia, mówienia i postępowania w dziwny sposób i uniemożliwiają nam bycie naprawdę szczęśliwymi. Budda odkrył, że warto pozbyć się także wewnętrznych ograniczeń. Dzięki temu będziemy w stanie osiągnąć najpierw wyzwolenie, a potem oświecenie - ostateczną wolność i najwyższą radość. Dla kogoś oświeconego, różne światowe zależności - zysk i strata, pochwała i nagana, sława i zapomnienie, ból i przyjemność - nie są różnymi doświadczeniami. Jest to bardzo szczególne osiągnięcie - często możemy się o tym przekonać we własnym życiu, tracąc kogoś albo coś, słysząc przykre słowa na swój temat, popadając w zapomnienie i samotność, czy wreszcie odwiedzając dentystę... W rzeczywistości żyjemy w takim świecie, na jaki nas stać, jaki mamy umysł. Miałem kiedyś wykład w Jekatierinburgu na Uralu. Atmosfera w sali była nieświeża, pełna napięcia. Dlatego mówiłem dużo o wolności, o tym, że tak naprawdę nic nas nie ogranicza, że wszystkie zewnętrzne zjawiska i wewnętrzne stany umysłu są samoistnie wyzwolone w tej samej chwili, w której się pojawiają. Starałem się jak mogłem trochę "rozepchnąć" tę przestrzeń na strony, otworzyć, żeby ludzie mogli odetchnąć, żeby wyszli z sali zainspirowani i rozluźnieni. No i niestety po dwóch godzinach moich akrobatycznych wysiłków, pewna pani z pierwszego rzędu podniosła nieśmiało rękę i zadała pytanie swojego życia: "No dobrze, ale czego buddyzm zabrania?"...To ją naprawdę interesowało. W ogóle nie usłyszała, że jest wolna - ta niebezpieczna informacja albo jej wleciała jednym uchem i wyleciała drugim, albo nawet nie wleciała tym pierwszym. Religia była dla niej systemem zakazów i nakazów - prawdziwy dramat... Często gdy ludzie chcąc się dowiedzieć czegoś o istocie nauk Buddy, pytają: "Co jecie, czego nie jecie, jak się ubieracie, jak się nie ubieracie, kiedy macie święta, itd.?" Kiedy usłyszą w odpowiedzi, że jako buddyści mamy święto przez 365 dni każdego roku, bo świat jest zawsze doskonały, z niedowierzaniem potrząsają głową. Wydaje im się zupełnie niemożliwe, by w buddyzmie chodziło po prostu o trwałą radość, wolność, moc, aktywność, nie czyniącą różnic miłość, mądrość, nieustraszoność i wszystkie inne doskonałe właściwości i doświadczenia, jakie tylko możemy sobie wyobrazić. Niekiedy ze zdumieniem słuchają, że jedyną przeszkodą uniemożliwiającą nam doświadczanie tego całego bogactwa tu i teraz, są nasze własne przeszkadzające uczucia, sztywne, dualistyczne poglądy, egoizm, katolickie wychowanie, małostkowość, obawy i oczekiwania oraz wszystkie inne dramatyczne i dziwaczne słabości i przypadłości losowe. Tymczasem Budda rzeczywiście poszukiwał jedynie trwałej radości i w końcu ją znalazł - tybetański zwrot określający jego najwyższe nauki, brzmi: "Cziag dzia czienpo", co można przetłumaczyć jako "Jedność przestrzeni i radości, której nic nie przewyższa". Krótko mówiąc, chodzi o radość. To właśnie poszukiwanie trwałego szczęścia było jedynym powodem, dla którego Budda zaczął medytować. Zauważył on ciekawą prawidłowość, zobaczył, że wszyscy próbują schwytać szczęście, ono jednak przypomina tęczę - kiedy zbliżamy się do niego i wydaje nam się, że zaraz go dotkniemy, zawsze okazuje się, że w rzeczywistości nie ma niczego, co moglibyśmy uchwycić, że każda chwila radości przemija. Szukamy więc dalej i znowu zostajemy z niczym. Szczęście, którego poszukujemy, ciągle jest gdzieś w przyszłości. Wszystko co robimy, robimy po to, by je osiągnąć: chodzimy do szkoły, podróżujemy, zakochujemy się. Po prostu chcemy doświadczać radości i to jest motor wszystkich naszych działań. Budda zobaczył, że szczęście nie tkwi w sytuacjach, kochankach ani przedmiotach, lecz w umyśle - zrozumiał, że zewnętrzne, przemijające zjawiska i doświadczenia jedynie budzą na chwilę radość, która od nie mającego początku czasu była naszą prawdziwą naturą. Stosując jego metody staramy się po prostu urzeczywistnić tę prawdę - doświadczyć trwałej radości nieoddzielnej od naszego umysłu. Tylko o to chodzi.
Jak możemy więc rozpuścić splamienia, uniemożliwiające nam to doświadczenie? Żeby nasza praca z umysłem przyniosła rezultaty, potrzebujemy przede wszystkim szczerości - musimy rzeczywiście postanowić, że chcemy się rozwijać, by móc pomagać innym. Ważne jest również, byśmy zdawali sobie sprawę z tego, że istnieje tylko jeden sposób sprawdzenia skuteczności naszej praktyki - jeżeli naszego "ja" jest coraz mniej, oznacza to, iż się rozwijamy, a jeżeli jest go coraz więcej, jest to dowód, że gdzieś popełniliśmy błąd. Być może głęboko w umyśle szanujemy nasze "ego" i pragniemy je zachować - wówczas nie pomogą nam żadne mantry ani wizualizacje. Rzeczywisty rozwój wyłania się dopiero ze szczerego wysiłku - z niezliczonych prób osłabienia "ja", "punktowania" go przy każdej nadarzającej się okazji. Doskonałą możliwość do tego dają przeszkadzające emocje - zawsze są pod ręką i zawierają dużo energii. Jeżeli pozwolimy im kierować naszymi myślami, słowami i działaniami, będą skutecznie utrudniały nam zmierzanie do oświecenia, ale jeśli nauczymy się ich unikać, być świadomi ich pustej natury, czy wreszcie doświadczać ich jako mądrości, którymi w rzeczywistości są, wówczas staną się bardzo pożytecznymi pomocnikami. Dzięki pracy z gniewem, dumą, przywiązaniem, zazdrością czy niewiedzą, nasza praktyka nie będzie również nudna...
W rzeczywistości bardzo skutecznym środkiem przeciwko wszystkim przeszkadzającym uczuciom jest współczucie, głęboka, nie czyniąca różnic miłość. Ktoś, komu inni są bardzo bliscy, nie będzie miał dużych kłopotów z gniewem, ponieważ miłość i nienawiść się wykluczają, nie stanie się również dumny, gdyż kochając ludzi nie można patrzeć na nich z góry i uważać się za pępek świata. Nie będzie niepokoił ani wykorzystywał innych z powodu pragnienia i przywiązania, gdyż ich szczęście będzie dla niego ważniejsze, niż własne - nie będzie również zazdrosny, gdyż esencją zazdrości są egoizm i złe życzenia. Współczucie prowadzi nas także do ostatecznej mądrości, ponieważ zbliża do siebie wszystko i wszystkich - powoduje, że zaczynamy czuć smak jedności, samej esencji, wolnej od podziałów i granic.

Gniew

Gniew wybucha zwykle nagle, płonie wysokim płomieniem, ale na szczęście, mimo że jest taki gwałtowny i intensywny, równie szybko ginie, jak słomiany ogień. Nie bylibyśmy w stanie być naprawdę rozgniewani przez cały czas, nasz umysł by tego nie wytrzymał. Więc mimo że jest to bardzo intensywne doświadczenie, zwykle nie trwa ono długo - na szczęście dla nas i dla innych. Można pracować z gniewem na różne sposoby. Na podstawowym poziomie możemy po prostu unikać sytuacji, w których zwykle wpadamy w gniew, towarzystwa trudnych ludzi itd. Czasami to jest najłatwiejszy i najlepszy sposób. Istnieją dwa rodzaje gniewnych ludzi. Pierwszy to ci, którzy są trudni, wiedzą o tym i chcą się zmienić. Do drugiego należą ci, którzy akceptują swój gniew - myślą, że stanowi on ich głęboką, wewnętrzną wartość, szanują go i pragną zachować. Bycie z trudnymi ludźmi, którzy chcą się rozwijać, może im czasem bardzo pomóc, chociaż ma to również często swoją cenę - jeżeli mamy słabszy umysł, niż oni, możemy po prostu stracić w ich towarzystwie dużo energii i również stać się gniewni. Natomiast spędzanie czasu z osobami, które nie chcą się zmienić i ciągle patrzą na świat przez te same stare, czarne okulary, po prostu nie ma sensu - wbrew ich woli nie będziemy w stanie nic dla nich zrobić i jedynie sami pozbędziemy się skutecznie wielu dobrych wrażeń z umysłu. Krótki przykład. W jednym z ośrodków podeszła do mnie kiedyś po wykładzie pewna dama w dosyć późnej jesieni życia i powiedziała: "Jestem samotna, chociaż nie chcę tego. Jednocześnie nie lubię ludzi, drażnią mnie. Co powinnam zrobić?" Już na pierwszy rzut oka widać było, że była gniewnym człowiekiem i nie lubiła zjawisk po prostu dlatego, że się pojawiają. Usłyszawszy, że Lama Ole prawdopodobnie poradziłby jej, by powtórzyła w medytacji wiele mantr Kochających Oczu, odpowiedziała: "Nie chcę tego robić". Nie chciała nawet się dowiedzieć, dlaczego nie chce i nadal szukała przyczyny na zewnątrz, nie widząc zupełnie, że sama wybiera samotny, wrogi świat, że przyczyna tkwi w jej umyśle.
Istnieje pewna prawidłowość, która dotyczy gniewu i każdego innego przeszkadzającego uczucia. Jeżeli rzeczywiście chcemy pozbyć się tych splamień, jeśli pragniemy zobaczyć prawdziwą naturę przeszkadzających emocji i rozwinąć umiejętność uwalniania od nich innych, wówczas kiedyś nam się to uda, albo za tydzień, albo za siedem czy siedemset lat. Jeżeli jednak akceptujemy swój gniew i uważamy go za uzasadnioną reakcję na krzywdę, która nas spotyka, wówczas nigdy się go nie pozbędziemy. Jak więc pracować z gniewem? Pierwszy sposób, który możemy zastosować, pochodzi z poziomu Małej Drogi - po prostu omijamy problem, unikamy sytuacji, które zwykle wyprowadzają nas z równowagi. Na przykład, jeśli wiemy, że teściowa zawsze odwiedza nas w sobotę o szóstej wieczorem, o piątej trzydzieści bierzemy po prostu psa na bardzo długi spacer. Istnieje jednak ryzyko, że po stu ośmiu nieudanych próbach przekazania nam swojej mądrości, nasza przybrana mama zorientuje się, że być może unikamy jej towarzystwa i w następną sobotę przyjdzie o piątej. Kiedy nagle zobaczymy ją w drzwiach, możemy oczywiście w ostatniej chwili starać się jeszcze przemknąć obok, ale rozmiar i waga problemu mogą nam to skutecznie uniemożliwić. Wówczas powinniśmy zastosować Wielką Drogę - ścieżkę współczucia i zrozumienia pustości zjawisk. Po prostu wiemy, że teściowa jest snem, bierzemy więc gazetę i w czasie jej monologu na temat naszych licznych błędów, sprawdzamy uważnie, co papież znowu naopowiadał w Afryce o środkach antykoncepcyjnych. Ponieważ Mahajana to również miłość i współczucie, co pięć minut mówimy: "Oczywiście, mama ma rację", żeby czuła się potrzebna - wiemy co prawda, że nie istnieje naprawdę, ale ona tego nie wie, staramy się więc nie sprawiać jej przykrości. Lama Ole powiedział kiedyś: "Najlepszą metodą na pozbycie się wszystkich problemów jest uświadomienie sobie, że w rzeczywistości nas nie ma". W naszym rodzinnym przykładzie wygląda to tak: ktoś, kto nie istnieje, mówi coś, co nie istnieje, do kogoś, kto nie istnieje. Nie istnieje więc również problem, a o to przecież właśnie chodzi.
I wreszcie Diamentowa Droga - najtrudniejsza, ale jednocześnie najszybsza ścieżka. Stosując ją, podnosimy po prostu całą sytuację na najwyższy poziom - nie unikamy jej, nie poprzestajemy na zobaczeniu jej pustej natury, lecz przekształcamy ją w święto oświecenia. Postrzegamy po prostu nieproszonego gościa jako żeńskiego buddę, a własne nieładne M2 jako Czystą Krainę. Jeżeli nasza realizacja jest wystarczająco głębokia, rzeczywistość się do niej dostosuje - być może teściowa zatańczy nagle, jak prawdziwa dakini, a ściany pokryte tapetą w zielono - brązowe kwiatki, rozpuszczą się w tęczowym świetle. Jeżeli naprawdę będziemy potrafili patrzeć na ludzi poprzez ich zalety, a nie poprzez wady, jak często chciałoby tego nasze "ja", wówczas istnieje duża szansa, że ta idea im się spodoba i chętnie dostosują się do naszej wizji. W rzeczywistości wszystkie doskonałe właściwości istot wyrażają prawdę o nich, ich naturę buddy, a wszystkie błędy i dziwne działania biorą swój początek ze złudzenia, ostatecznie są nieprawdą. Dlatego, jeżeli postrzegamy ludzi przez ich słabości, automatycznie oddalamy się od esencji, od własnego urzeczywistnienia. Jednocześnie to wcale nie oznacza, że wszyscy naokoło są święci - dopóki nie przekształcimy swego absolutnego potencjału w żywe doświadczenie, będziemy popełniać błędy, inni również je popełniają. W Diamentowej Drodze nie chodzi o malowanie świata na różowo, tylko o świadomość tego, co ma ostateczne, a co jedynie relatywne znaczenie, co wyraża absolutną naturę istot, a co jest tylko przemijającym nieporozumieniem.
Istnieje również kilka praktycznych sposobów pracy z gniewem. Możemy na przykład odmówić udziału w codziennym emocjonalnym ping - pongu. Po prostu nie odbijamy piłeczki - mimo że "ego" chciałoby automatycznie zareagować na cudzy gniew w taki sam ograniczony sposób i zranić przeciwnika, po prostu dostrzegamy to i nie bierzemy w tym udziału. Dzięki temu cała niepotrzebna sytuacja szybko wygaśnie - musi się tak stać, ponieważ trudności żywią się jedynie naszą energią, nie mają własnego źródła zasilania. Istnieje w tantrach nauka mówiąca, że Rudrę, czyli "super ego" pokonać może tylko Czerwona Dakini, pustka. Jeżeli agresja trafia tylko na otwartą przestrzeń, istnieje duża szansa, że wkrótce się wyczerpie. Jest to szczególnie pożyteczne w związkach partnerskich. Jeżeli jesteśmy z kimś związani miłością, albo węzłem małżeńskim i nie możemy tak łatwo opuścić sytuacji i w ten prosty sposób uniknąć napięć, będziemy musieli od czasu do czasu popracować z gniewem i innymi emocjami. Okaże się, że wbrew pozorom będzie to bardzo pożyteczne dla naszego rozwoju - jak mówił Nietsche: "To co nas nie zabije, uczyni nas silniejszymi". Kiedy codziennie wracamy do domu i zupa jak zwykle jest za słona, za każdym razem otwierają się przed nami niezwykłe możliwości duchowego wzrostu. Drugi praktyczny sposób na gniew to wykorzystanie jego energii do zrobienia czegoś pożytecznego. Możemy na przykład pozmywać talerze, zamiast je porozbijać, albo odkurzyć meble, zamiast wyrzucić je przez okno. Jeżeli jesteśmy natomiast z natury leniwi, spróbujmy po prostu przeczekać całą burzę i najzwyczajniej w świecie przez jakiś czas nic nie mówić i nic nie robić. Zwykle kiedy wybuchamy gniewem, staramy się natychmiast coś powiedzieć, albo czegoś dokonać, często próbujemy akurat w tym momencie podjąć wszystkie życiowe decyzje - rozstać się z partnerem, rzucić pracę, zacząć nowe życie itd. Tymczasem wszystkie decyzje podjęte w stanie pomieszania są po prostu chybione, nie przynoszą żadnych dobrych rezultatów, są również pomieszane. Dobrze jest po prostu przeczekać burzę, by nie ranić innych i nie zatruwać własnego umysłu. Czując, że wybuch się zbliża, starajmy się być jeszcze bardziej uprzejmi i kochający, niż do tej pory. Z czasem wejdzie nam to w krew i będziemy mieli z gniewem coraz mniej trudności.

Duma

Charakterystyczne dla dumy jest to, że potrafi bardzo skutecznie zablokować wszelką informację - ktoś kto jest dumny, myśli często, że wszystko wie najlepiej. W takiej sytuacji trudno jest się czegoś nauczyć, dlatego duma może się okazać dużą przeszkodą w praktyce - nie leczona prowadzi czasem do poważnych powikłań. Zdarza się, że dumni ludzie pozostają z jakimś nauczycielem tylko tak długo, jak długo jest dla nich miły. Kiedy nagle wyciągnie im spod siedzenia fotel, na którym wygodnie rozsiadło się ich "ego", nie traktują upadku jako nauki, lecz uznają, że nauczyciel nie jest ich godzien i odchodzą. W rzeczywistości ich mistrzem zostaje ostatecznie ich "ja", co jest dosyć szalonym pomysłem. Często kłopoty z dumą mają ludzie posiadający duże zdolności intelektualne - jeżeli nie mają dystansu do samych siebie, wówczas cała wiedza gromadzi im się w tyle głowy i obciąża ją w taki sposób, że nos nieodwołalnie wędruje do góry. Swoim uczniom praktykujący Małą Drogę, Budda pomagał unikać sytuacji, w których mogliby stać się dumni. Jego mnisi składali np. ślubowanie, że nie będą siedzieli wysoko, posiadali bogactw itd. Za jego przykładem wszyscy żebrali również o pożywienie na ulicach, co na pewno było bardzo skutecznym środkiem przeciwko dumie. My będziemy jednak w pracy z tym uczuciem stosować raczej metody Wielkiej i Diamentowej Drogi - gdybyśmy nagle wylegli na ulice z żebraczymi miseczkami w rękach, a na zebraniach w firmie siadali zawsze na podłodze, być może byłoby to dobre dla naszego osobistego rozwoju, ale mogłoby się okazać ryzykowne dla oblicza buddyzmu na Zachodzie.
W pracy z dumą bardzo pożyteczne jest zrozumienie i doświadczenie pustości zjawisk, pojawiające się dzięki medytacji i obserwacji świata. Jeżeli nasze "ja" nie istnieje, nie ma najmniejszej możliwości, żebyśmy byli lepsi od innych - by naprawdę była na to szansa, musielibyśmy najpierw istnieć. Jeżeli głęboko zrozumiemy tę prostą prawdę, będziemy mogli się rozluźnić i zaoszczędzić wiele czasu, który być może do tej pory traciliśmy na całkowicie zbędną i nikomu niepotrzebną rywalizację. Dobrym lekarstwem na dumę jest również uświadomienie sobie, że inni są ważniejsi od nas - choćby dlatego, że jest ich znacznie więcej. Jeżeli nastawimy się na myślenie o ich potrzebach i działanie dla ich dobra, wówczas nie będziemy mieli czasu na myślenie o sobie i o swoich zaletach. Wreszcie na poziomie Diamentowej Drogi po prostu zamiast myśleć, że jesteśmy wyjątkowi i lepsi od innych, przemieniamy małostkową, wyłączającą dumę w dumę włączającą i uświadamiamy sobie, że wszyscy jesteśmy wspaniali, że wszyscy jesteśmy buddami. W ten sposób nasza duma może się nawet okazać pożyteczna. Na praktycznym poziomie taka transformacja przynosi jeszcze jeden pożytek - zawsze znajdujemy się w dobrym towarzystwie. Lama Ole zawsze postrzega ludzi w ten właśnie najwyższy sposób - jako interesujących i pełnych zalet. Dzięki temu zawsze znajduje się w dobrym towarzystwie - w naszym (śmiech)...
I kilka praktycznych wskazówek. Dobrym sposobem pracy z dumą są pokłony, gdyż nasze "ego" nie lubi się kłaniać. Świetne wyniki przynosi również śmianie się z samego siebie, albo pozwalanie innym, by nas w tym wyręczyli. Jeśli zrobimy coś źle i przyjaciół wyraźnie bawi nasza niezręczność, dlaczego mielibyśmy odmawiać im tej przyjemności i bronić jakiegoś iluzorycznego, własnego terytorium? Pozwalając innym na śmianie się z naszych wad, być może doświadczymy przy okazji prawdziwej ulgi - poczujemy smak niezależności od ich opinii.
Jeżeli potrafimy postrzegać nasze ciało, mowę i umysł, po prostu jako narzędzie dawania innym radości i na wszelkie sposoby działamy dla ich pożytku, nie oczekując podziękowań, wówczas duma nie będzie w stanie osadzić się mocno w naszym umyśle i będzie musiała poszukać sobie innych ofiar.
c.d.n.